Katarzyna Bogucka. „Ilustratorka akrobatka”


Czas czytania 11 minut

Katarzyna Bogucka jest „ilustratorką akrobatką”, bo – jak mówi o sobie – „jest trochę od tego, trochę od tamtego”. Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych o specjalizacji malarstwo. Zajęła pierwsze miejsce w konkursie Design by Śliwka Nałęczowska 2026 na projekt opakowania ilustrującego hasło „Śliwka Nałęczowska – na małe i wielkie chwile”, który zostanie wykorzystany na opakowaniach w ramach limitowanej serii Art Collection. Jej celem jest pielęgnowanie w sobie ciekawości i chęci poszukiwań, aby kolejne projekty były inspirujące i wartościowe.

 

Mieszkam „pod, pod” Warszawą, czyli trochę dalej niż pod, za to między lasem a rzeką, czyli dość blisko natury.

Z wykształcenia jestem magistrem sztuk pięknych o specjalizacji malarstwo.

Wykształcenie, a raczej wykształcanie się, dało mi czas na „wykluwanie się” i eksperymenty. Z perspektywy czasu żałuję, że było ich tak mało, ale może było ich tyle, ile byłam w stanie na tamten moment dźwignąć. Cenię analogowy i rzemieślniczy charakter tych eksperymentów.

Z zawodu jestem „ilustratorką akrobatką”, czyli trochę od tego, trochę od tamtego. Lata temu poczyniłam założenie, że moje projekty znajdą się na różnych nośnikach, i ten plan konsekwentnie realizuję. Moje projekty były realizowane w mikro- i makroskali, na różnych podłożach, o różnorodnych zadaniach nie wspominając.

Mój zawód jest dla mnie ogromnym przywilejem, bo sporą jego częścią jest zabawa. Przyznam – czasami ta zabawa to rollercoaster.

W tym zawodzie nauczyłam się, że trudno pracować różnorodnie. Z jednej strony to plus, z drugiej strony ceniona jest – i ja również cenię – specjalizacja w konkretnym typie ilustracji.

Moi klienci to w tej chwili głównie klienci korporacyjni, jeśli chodzi o projektowanie, i osoby prywatne, jeśli mowa o sprzedaży plakatów.

Najwięcej czasu w ciągu dnia poświęcam na pracę – tak jak większość z nas. Mimo to wydaje mi się, że pracuję mniej niż w przeszłości. Z biegiem czasu zauważyłam, że entuzjazm, wydajność, zaskakiwanie pomysłami i niestandardowymi rozwiązaniami bierze się z regeneracji i wychodzenia poza pracę. Żeby zachować iskrę, urywam się z pracy i wagaruję na rowerze.

Praca jest dla mnie sposobem zarabiania i zabawą. Muszę balansować między tymi dwiema, na pozór skrajnymi definicjami. Gdy nie ma zabawy i autentyczności w rysowaniu, praca po prostu „nie idzie”.

Początki swojej pracy wspominam z sentymentem, bo to były zupełnie inne czasy. To była nie tylko ciężka praca nad stylem, ale też nad sobą – swoim wstydem, przełamywaniem swoich barier. Pierwsze zlecenia przyszły dość gładko, potem kolejne i strzeliło mi 15 lat działalności gospodarczej.

Z pewnością nie jest to praca dla osób, które o 15:00 chcą odejść od biurka i nie myśleć o pracy do następnego dnia. Nie mam na myśli tego, że pracuje się więcej – z tym jest różnie. W pracy jest się zawsze, a jednocześnie nigdy. Trzeba znaleźć swój sposób na zarządzanie czasem i karierą. W zawodzie ilustratora piękne jest to, że daje szeroki wachlarz możliwości – ilustratorzy to indywidualiści z różnymi wrażliwościami i założeniami co do projektów, doboru klientów i sposobu pracy.

Moja rada dla zainteresowanych pracą w zawodzie, który wykonuję, to... Nie wiem, czy umiem coś doradzić. Dzisiaj zaczyna się inaczej niż kiedyś. Jednocześnie z mojej perspektywy mam wrażenie, że „starzy wyjadacze” również odradzają się, wymyślają siebie na nowo. Dochodzi kombinatoryka social mediów i dodatkowa praca związana z prezentacją swojej pracy i swojej osoby. Cierpliwość i konsekwencja dają moim zdaniem najlepsze rezultaty, chociaż te cechy obserwuję raczej u innych ilustratorów, niekoniecznie u siebie.

Moje najważniejsze narzędzie pracy to... wektory i budowanie kształtów. Wsiąkłam w to tak bardzo, że czasami trudno przestawić mi się na rysowanie. Dlatego staram się coraz częściej rysować, a nawet malować i eksperymentować analogowo. Chcę mieć swój styl, ale nie chcę utknąć w sposobie.

Gdybym nie robiła tego, co teraz, to pewnie... nie chcę nawet myśleć. Nic innego nie umiem.

Dzień pracy zaczynam o 9. Dzieciaki są wtedy w szkole, dzięki czemu słyszę własne myśli. Pracuję do 15–16, z przerwami na odkurzanie, pranie, kawę na tarasie, mycie okien, rower, spacer, generalne porządki w szafie itd. Zdarza mi się siedzieć nad pracą wieczorem. Zwłaszcza gdy jest ładna pogoda w dzień i spędziłam go na wagarach.

Najtrudniejsze w mojej pracy jest obecnie kierowanie jej kształtem. Moja kariera została zbudowana na odpowiadaniu na zapotrzebowanie i zapytania o współpracę. Chciałabym kierować tym bardziej świadomie. Z biegiem lat czuję, że brakuje mi trochę specjalizacji w konkretnej dziedzinie ilustracji (chociaż nie mam pewności, czy dałabym się w niej zamknąć). Do innych trudności należy też budowanie swojego wizerunku w social mediach. Kiedyś wydawało się to fanaberią, dziś jest niezbędne.

Inspiracji szukam w głowie, we wspomnieniach albo hasłach. Nigdy nie szukam gotowych, ilustracyjnych inspiracji. Najbanalniej inspirują mnie moje doświadczenia i zainteresowania poza ilustracją, co jest świetnie odzwierciedlone w projektowanych przeze mnie plakatach dostępnych na nioska.com. Hasło „Reset” dotyczy moich prób morsowania, „Nie ma jak domu” – to odzwierciedlenie tego, że jestem niepoprawną domatorką. „Ćwicz zachwyt” i „Wolno Wolno” to miłość do roweru, chociaż jeżdżę bardzo tak sobie.

Konkurencja to dla mnie znajomi i przyjaciele. Znamy się osobiście lub wirtualnie. Wymieniamy się doświadczeniami, radzimy się w sytuacjach trudniejszych. Każdy ma nieco inne zasoby, doświadczenia i sposoby na istnienie. Wymiana doświadczeń i wspieranie się to metoda na współistnienie i przetrwanie.

Nigdy nie zdobędę się na to, aby... Słowo „nigdy” jest bardzo radykalne.

Pierwsze zarobione pieniądze wydałam na... pierwsze trzy miesiące życia w Warszawie i szukanie kolejnych zleceń. Udało się, choć z Warszawy wyprowadziłam się po 3 latach.

Największy sukces to nadal być tu, projektować z przyjemnością i sprawiać swoim projektowaniem przyjemność innym.

Największa porażka to wypadnięcie z rynku ilustracji dziecięcej. Nie czuję, że zrealizowałam się na tym polu do końca. Może czas na to jeszcze przyjdzie, a może nie.

Nie wyobrażam sobie życia bez stałości. Tylko że ona nie istnieje. Coraz częściej się o tym przekonuję, wobec czego nie wyobrażam sobie życia bez odporności i swobody w reagowaniu na ciągłe zmiany. W życiu i pracy.

Jako dziecko marzyłam o byciu weterynarką, rolniczką i sprzedawczynią plakatów. Wyszło ostatnie! Gdy miałam 7 lat, wzięłam od taty ryzę papieru A3 i rysowałam swojego ukochanego pluszaka. Planowałam na balkonie rozwiesić kopie jak pranie i sprzedawać je stamtąd (mieszkaliśmy na parterze).

Po pracy to czas... dla dzieci, na rower, dla rodziny i znajomych... Jak u ludzi [uśmiech]

To, co lubię robić najbardziej, to... balansować. Nie mogłabym być tylko ilustratorką albo tylko mamą, albo tylko amatorką kolarstwa, ilustratorką tylko od „czegoś tam”. Nie umiałabym tylko „cisnąć” albo tylko odpuszczać. Musi być we wszystkim balans i biorę na siebie za niego odpowiedzialność.

Jestem dumna z siebie ogólnie i z siebie, że wygrałam w konkursie Śliwki (tfu! Że wzięłam w nim udział!). Wykonałam projekt, bo to znany konkurs (wiadomo), ale też dlatego, że w tamtym czasie nie miałam zleceń, więc wyszło wyśmienicie, że wygrałam.

Najważniejsza decyzja w moim życiu to... nie wiem, czy jest jedna. Życie to w końcu ciąg dużych i małych decyzji, bardziej lub mniej świadomych. Może wspomnę o jednej z pierwszych samodzielnych – decyzji o tym, aby zdawać na malarstwo. Uważam, że byłam raczej grzeczną córką i słuchałam się rodziców, ale gdy przyszedł czas na wybór studiów, prócz wybranej „wspólnie” architektury zdecydowałam się zdawać na malarstwo. Na nie się też dostałam i to zapoczątkowało falę dalszych samodzielnych decyzji (czasami dobrych, czasami złych).

Największym szaleństwem w moim życiu było... W życiu, życiu? Macierzyństwo. Wywróciło mi życie do góry nogami, a ja lubię panować nad sytuacją chociaż w 70%.

Chciałabym się jeszcze nauczyć nowych technik rzemieślniczych. Przyznam jednak, że nie jestem osobą cierpliwą. Może w takim razie po prostu cierpliwości?

Mój kraj to dla mnie dom. Język polski jest moim domem. Hasła, jakich używam w projektowanych przez siebie plakatach, są często dwuznaczne i nieprzetłumaczalne. Dętka, wypoczynek, kolarzanki.

Gdybym musiała się wyprowadzić i pracować w innym kraju, utraciłabym sporą część swojej twórczej tożsamości.

Mój cel to pielęgnować w sobie ciekawość i chęć poszukiwań, aby kolejne projekty były inspirujące i wartościowe. Może brzmi trochę „oby się nie wypalić”, ale to przecież też jest dobry cel. Wstawać do pracy bez chęci i przekonania do tego, co się robi, to koszmar, którego wolałabym uniknąć.

 

Wysłuchała Maja Ruszkowska-Mazerant, redaktorka naczelna PURPOSE

Ilustracje dzięki uprzejmości artystki

Materiał powstał we współpracy z Design by Śliwka Nałęczowska. Dowiedz się więcej o laureatach konkursu >>TUTAJ<<


Cały artykuł jest dostępny bezpłatnie dla naszych zarejestrowanych czytelników.

ZAREJESTRUJ SIĘ

Zyskujesz bezpłatny dostęp do wszystkich treści PURPOSE – magazynu i portalu branżowego dla twórców sektora kreatywnego.
Wywiady z praktykami, artykuły poradnikowe, analizy, warsztaty. Dołącz do czytelników PURPOSE.

dołącz teraz


jeżeli już posiadasz konto.